fot.-Mateusz-Stawarz

Mistrzostwa Europy oczami głównych bohaterów.

IBSA Blind Euro już dawno za nami. Za pośrednictwem naszej strony mogliście zapoznać się z przebiegiem mistrzostw oraz poczuć wyjątkową atmosferę towarzyszącą turniejowi w Hereford. Mamy nadzieje, że nasze relacje pozwoliły Wam doświadczyć odrobiny magii blind footballu. To jednak nie wszystko co przygotowaliśmy dla Was w ramach raportu z Mistrzostw Europy w Anglii. Zapraszamy do lektury wywiadu z Marcinem Ryszką, Martinem Jungiem, Krzysztofem Bednarkiewiczem oraz Jarosławem Farbańcem, którzy przybliżą nam miniony turniej z punktu widzenia głównych bohaterów.

Redaktor (R.): Na samym początku powiedzcie, jakie to uczucie grać z orzełkiem na piersi na IBSA Blind Football European Championships? 

Marcin Ryszka (M.R): Chyba nie będę oryginalny jeśli powiem, że to wspaniała sprawa i bardzo duży zaszczyt, iż to właśnie my mieliśmy możliwość reprezentować Polskę na tak dużej imprezie. Reprezentowanie kraju to rzecz, o której większość ludzi może tylko marzyć, a nasze marzenia się spełniły.

Martin Jung (M.J): Z jednej strony dumę i radość z faktu reprezentowania Polski, kraju z którego pochodzę, w którym się urodziłem i mieszkam, a z drugiej ogromną odpowiedzialność, gdyż to moje umiejętności, moja determinacja i waleczność przyczynią się do sukcesu reprezentacji. Nie mogę nie wspomnieć o wzruszeniu, które towarzyszyło mi za każdym razem, gdy odśpiewywaliśmy hymn. Mazurek Dąbrowskiego przypominał mi o tym, iż jestem na mistrzostwach, i że to właśnie ja za chwilę będę walczył o sukces Polski.

Jarosław Farbaniec (J.F): Gra z orzełkiem na piersi na takim turnieju jak Mistrzostwa Europy w blind footballu jest zaszczytem i budzi wielką dumę z faktu, iż reprezentuje się Polskę.

R: Marcin, dla Ciebie udział w wielkich imprezach sportowych to swego rodzaju chleb powszedni. Jednak minione mistrzostwa były dla Ciebie pierwszymi, w których brałeś udział jako kapitan reprezentacji Polski w blind footballu. Powiedz, jakie to uczucie?

M.R: Do tej pory reprezentowałem Polskę jako pływak. Wiadomo, że jest to sport indywidualny. Oczywiście tam również liczy się zespół i atmosfera w nim panująca, ale w momencie startu jestem sam i ode mnie wszystko zależy. W piłce nożnej jest inaczej. Czułem się dumny, że to właśnie ja jestem kapitanem. Wiedziałem, że chłopaki mi ufają. Zawsze daję z siebie wszystko, walczę do końca i tego samego wymagam od pozostałych zawodników mojej drużyny. Mistrzostwa w Anglii były bardzo ciężkie pod względem psychicznym. Wysokie przegrane w pierwszych spotkaniach, brak strzelonych bramek. To wszystko sprawiło, że atmosfera nie była najlepsza. W tym momencie wiedziałem, że jako kapitan muszę jeszcze mocniej uwierzyć w zespół, bo znałem naszą wartość i byłem świadomy, że wyniki nie odzwierciedlały naszego potencjału. Jednak podnieśliśmy się i z meczu na mecz było coraz lepiej. Jestem szczęśliwy, że mogłem być kapitanem takiego wspaniałego teamu.

Marcin Ryszka o każdą piłkę walczy do końca
Marcin Ryszka o każdą piłkę walczy do końca

R: Jak oceniacie turniej w Hereford? Poziom rywali, organizację zawodów, atmosferę im towarzyszącą? Co wywarło na Was największe wrażenie?

M.R: Myślę, że największe wrażenie wywarł na mnie mecz otwarcia z Anglią. Wspaniała otoczka, pełne trybuny i oczywiście niesamowity poziom przeciwników. To uświadomiło mi, że wiele pracy przed nami i trzeba zrobić wszystko, by w naszym kraju blind football stał na równie wysokim poziomie jak u naszych rywali.

M.J: Dla mnie była to pierwsza tak duża impreza, dlatego wszystko robiło na mnie wrażenie. Poziom organizacji był bardzo wysoki, wszystko było dopięte na ostatni guzik, a przynajmniej ja nie zauważyłem żadnych niedociągnięć. Przeciwnicy bardzo wymagający, wszak to Mistrzostwa Europy, więc nie ma się czemu dziwić. Oczywiście, jak wszędzie występują drużyny słabsze i mocniejsze, lecz trzeba pamiętać, że na takich turniejach gra się w piłkę na poważnie, to nie zabawa w piaskownicy. Jedyna rzecz, która dość mocno mnie zdziwiła, to fakt, iż na imprezie sportowej takiej rangi sędziowie nie przykładali zbytniej uwagi do słowa „voy”. Ciężko było się przestawić i grać przeciwko rywalom, którzy rzadziej sygnalizowali swoją pozycję. Anglicy i Hiszpanie wymawiali „voy” sporadycznie, mimo to nie byli karani rzutami wolnymi.

J.F: Mistrzostwa w Hereford były bardzo dobrze zorganizowane. Rywale, zwłaszcza Anglicy, Turcy i Rosjanie prezentowali bardzo wysoki poziom gry. Nie mogę też nie wspomnieć o angielskich kibicach, którzy licznie gromadzili się na meczach swej reprezentacji i wspaniale ją dopingowali, to robiło wrażenie.

R: Jarek, Ty jako gracz linii defensywnej miałeś sporo pracy w każdym meczu. Czy jako debiutant czułeś presję większą niż podczas innych dotychczasowych spotkań?

J.F: Nie czułem jakiejś specjalnej presji. Starałem się wychodzić na boisko maksymalnie skoncentrowany i robić to, co do mnie należy jak najlepiej. Świadomość gry na tak wyjątkowym turnieju w koszulce reprezentacji Polski działała na mnie mobilizująco.

Jarek Farbaniec - pierwszy od lewej
Jarek Farbaniec – pierwszy od lewej

R: Krzysiek, Ty prócz roli bramkarza pełnisz także rolę przewodnika linii obrony. Powiedz, czy łatwo było pogodzić te dwie ważne funkcje podczas tak wymagającego turnieju jak minione mistrzostwa?

Krzysztof Bednarkiewicz (K.B): To nigdy nie jest łatwe. Nie ważne czy grasz w meczu o stawkę, czy w sparingu. Bardzo dużo zależy od poziomu koncentracji, podzielności uwagi oraz od dobrej komunikacji między mną a partnerami z linii obrony. Trzeba też uważać, by nie wykroczyć poza pole, po którym może poruszać się bramkarz. Te wszystkie czynniki mają duży wpływ na końcowy rezultat. Fakt, iż poziom rywali na mistrzostwach był naprawdę wysoki wcale nie ułatwiał zadania.

Krzysztof nieustannie czuwa w bramce, dbając jednocześnie o kształt obrony
Krzysztof nieustannie czuwa w bramce, dbając jednocześnie o kształt obrony

R: Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nie był to łatwy turniej dla naszej reprezentacji. Jednak udało się odnieść pierwsze, upragnione i historyczne zwycięstwo. Jak czuliście się po ostatnim gwizdku sędziego obwieszczającym wasz triumf nad Grecją?

M.R: Ogromna radość i duma, że daliśmy radę. Długo jeszcze po meczu nie mogłem w to uwierzyć, że pokonaliśmy Greków. Zdobyliśmy pierwszą bramkę, wygraliśmy z bardzo doświadczoną drużyną. To dało nam przysłowiowego kopa do dalszej pracy.

M.J: Ogromną radość, niedowierzanie, szczęście. Był to nasz debiut, więc sukcesem dla nas była sama możliwość uczestnictwa w mistrzowskim turnieju. Zwycięstwo nad Grecją, która nie pierwszy raz bierze udział w takiej imprezie, to tak, jakby zdobyć złoto. Ciesze się, że pokazaliśmy, iż Polska nie jest chłopcem do bicia i mimo niekorzystnych wyników zdołaliśmy się przeciwstawić i odnieść triumf.

J.F: Turniej faktycznie nie był łatwy. Myślę jednak, że było nas stać na nieco lepszy rezultat. Po zwycięstwie nad Grecją odczuwałem radość, ale i spory niedosyt.

R: Martin, druga minuta spotkania z Grekami i historyczne trafienie dla Biało-Czerwonych Twojego autorstwa. Co czułeś w tamtej chwili?

M.J: Początkowo nie dowierzałem. Zrobił się taki harmider, że nie miałem pojęcia, czy te okrzyki to oznaka radości, czy złości, iż nie wykorzystałem tak dogodnej sytuacji. Jednak kolejne sekundy to ogromna euforia. Byłem tak szczęśliwy, że wyjątkowego gola postanowiłem uczcić w wyjątkowy sposób. Niestety przewrót w tył się nie udał. Tutaj pragnę wszystko sprostować.  Cieszynka jak najbardziej by się udała, jednak kiedy usłyszałem głosy za moimi plecami dla bezpieczeństwa musiałem zrezygnować z jej wykonania. Ktoś mógłby nieźle oberwać. Oglądając relację video z tej bramki, widzący opowiadali, że faktycznie jeden z trenerów mógłby otrzymać bolesny cios. Na szczęście nic się nikomu nie stało, a  przy oglądaniu było trochę śmiechu. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będzie mi dane wykonać cieszynkę, następnym razem udaną.

R. Kilka dni po mistrzostwach udaliście się na turniej do Pragi. Tam z klubem zaliczyliście bardzo udany debiut zdobywając trzecie miejsce na 3rd Cup of Central European Cities. Czy można rzec, iż świeżo nabyte doświadczenie i ogranie miały wpływ na klubowy sukces?

M.R: Na pewno tak. Tych kilka dni po powrocie z mistrzostw poświęciliśmy na przygotowanie taktyczne, ponieważ tak naprawdę na Euro zobaczyliśmy jak to wszystko wygląda. Jak było widać po wynikach, dobrze odrobiliśmy lekcje i w Pradze wyglądało to już dużo, dużo lepiej. Pamiętam pierwszy mecz grupowy z klubem z Rosji, gdzie występowali zawodnicy, którzy w Anglii wywalczyli srebrne medale. Wygraliśmy z nimi 1:0 i myślę, że to dało nam wiele wiary, że możemy wygrać z każdym na tym turnieju.

M.J: Pewnie. Tych dziesięć dni spędzonych na mistrzostwach w Anglii pozwoliło nam na zdobycie cennego doświadczenia i nabrania pewności na boisku. To zaowocowało tym, iż w Pradze grało się nam znacznie łatwiej. Odzwierciedlają to wyniki i końcowa lokata.

J.F: Ogranie na Mistrzostwach Europy na pewno miało wpływ na nasz sukces. Osobiście uważam, że na obu turniejach grałem podobnie, jednak na naszą dobrą postawę w defensywie w Pradze miało wpływ lepsze ustawienie taktyczne całego zespołu.

R. Na koniec powiedzcie, czego życzyć Wam i całej drużynie przed nadchodzącymi meczami?

M.R: Na pewno zdrowia i tego, żeby w Krakowie stworzyć godne warunki do przygotowań przed następnymi turniejami.

M.J: Chciałbym, by więcej osób interesowało się blind footballem. By T6NWP i reprezentacja mogła cieszyć się grą razem z wiernymi fanami, którzy będą z nami na dobre i na złe. Wszyscy wiedzą, że prawdziwy kibic to dodatkowy gracz, a tych nigdy dosyć.

J.F: Dalszego szybkiego rozwoju, postępu w naszej grze oraz możliwie jak największej liczby sukcesów.

R: Dziękuję za poświęcony czas i trzymam kciuki, by wszystko czego sobie życzycie już wkrótce stało się rzeczywistością.