Nie widzisz piłki? Usłysz ją! – Kraków-miesięcznik społeczno-kulturalny

– Balans, balans – krzyczy trener Stawarz. Klaszcze w dłonie na przemian z prawej i z lewej strony. Marcin, Mateusz, Martin i Maciej prowadzą futbolówkę tuż przy nodze. Nie widzą jej, ale słyszą. Bo piłka jest jak grzechotka.

Sobota, prawie południe. W gimnazjum przy Skwerowej 3 trwa trening. Gwar dochodzący z sali gimnastycznej słychać aż na schodach. – Dzida! Dzida! I start Rycha.

Marcin Ryszka, ksywka „Rycha”, dwudziestopięciolatek z Krakowa, wykonuje polecenia przewodnika; musi usłyszeć to, czego nie może zobaczyć. Wielokrotny medalista mistrzostw świata i Europy w pływaniu, dwukrotny olimpijczyk, gra w blind football, czyli piłkę nożną dla niewidomych. Jest pomocnikiem.

Właściwie trudno powiedzieć, czy najpierw pokochał pływanie, czy może jednak futbolówkę. W genach na pewno ma piłkę. W końcu jego dziadek Karol Ryszka to działacz piłkarski, wieloletni prezes Przełomu Kaniów, drugi dziadek Marian Gałuszka był piłkarzem. I obaj bracia, Kornel oraz Dawid, także. Wygląda na to, że Marcin od kołyski miał papiery na granie. Kto wie, może dziś byłby drugim Kubą Błaszczykowskim, gdyby nie nowotwór, który zabrał pięciolatkowi wzrok. Chłopak musiał wziąć się za bary i z życiem, i ze sportem.

Bracia na los się nie oglądali i uczyli Marcina, jak się prowadzi piłkę, jak się strzela gole, jak robi „kapki”. O istnieniu futbolówki z grzechotką w środku nie wiedzieli. Ale i tę zwyczajną można było usłyszeć, gdy toczyła się po boisku. Marcin ją słyszał i za nią biegał. Dopóki trochę nie podrósł, bo już jako siedmiolatek trafił do Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych przy Tynieckiej i zaczął… pływać. Trenował jedenaście razy w tygodniu: – To było wtedy moje życie, wielka pasja. Ale zdarzało się, że na basen szedłem tylko z obowiązku – mówi Ryszka. – Na zajęcia piłkarskie zawsze biegnę jak na skrzydłach. Piłka jest samą radością.

***

Takich jak Marcin piłkarzy jest dziś na treningu dziesięciu. Po rozgrzewce mają czas na rozciąganie mięśni przy drabinkach. Ciszę przerywa głos trenera: – Gramy! – woła Mateusz Stawarz z końca sali. Zawodnicy dzielą się na dwie drużyny. Znów jest głośno, słychać komendy bramkarza i podpowiadaczy.

W Polsce nie ma ligi blind footballu. Pojedyncze drużyny działają we Wrocławiu, Krakowie, Chorzowie i ponoć tworzy się zespół w Gdańsku. A w Europie ligi są już w Hiszpanii, Niemczech, Turcji. Mecze pokazuje lokalna telewizja.

Marcin Ryszka z numerem 3 na koszulce ma na kolanach ochraniacze. I na nosie – jak wszyscy gracze – ciemne okulary; osłaniają zaklejone czarną taśmą oczy. Chodzi o wyrównanie szans i o to, żeby osoby, które mają poczucie światła, były w tej samej sytuacji jak te, które nie widzą niczego. Tak jest w regulaminie blind footballu. Przepisy zdobył w 2008 roku właśnie Ryszka. Jeszcze jako pływak kadry narodowej. To był czas, kiedy tylko słyszało się czasami, że niewidomi grają w piłkę nożną. Ale jak i gdzie – nie wiedział nikt.

***

A tę dyscyplinę wymyślili Hiszpanie. Mecze trwają dwa razy po 25 minut. Drużyna składa się z czterech graczy w polu i bramkarza. Zmian dokonuje się jak w hokeju, czyli w trakcie gry. Bramkarz może widzieć i na ogół tak jest. Ale na przykład krakowski golkiper Krzysztof Bednarkiewicz jest osobą słabowidzącą, a radzi sobie tak dobrze, że trafił do reprezentacji kraju.

Boisko o wymiarach 40 na 20 m, z wysokimi na 115 cm bandami wzdłuż linii bocznej, jest podzielone na trzy strefy: obronną, środkową i ataku. W każdej z nich piłkarze mają przewodników, którzy podpowiadają im, ile metrów jest do bramki rywali, kiedy najlepiej oddać strzał, gdzie należy zagrać piłkę i jak ustawiona jest obrona przeciwnika.

W hali przy Skwerowej słychać głos bramkarza: „dwa w lewo, jesteś na osi”. – To znaczy, żebym przesunął się o dwa metry, bo jestem na środku boiska – tłumaczy Marcin Ryszka. – Gdy chcę wyjść z piłką, trener woła: „dobra, poszedł”, a gdy futbolówkę zgubię, zaraz słyszę: „strata”. Trener Mateusz Stawarz dziś też podpowiada w strefie środkowej. – Dzida – woła – i zawodnik co sił w nogach biegnie z piłką do przodu.

grupowe_4178
Od lewej stoją: Piotr Niesyczyński, Krzysztof Bednarkiewicz, Martin Jung, Marcin Ryszka, Maciej Mówiński, Mateusz Krzeszkowski, Maciej Biglaj, Mateusz Stawarz (trener). Klęczą od lewej: Michał Woszczak, Jarosław Farbaniec, Sebastian Wódz, Dominik Mędrala

– Gdy słyszę „wapno” – mówi Marcin – wiem, że nasz napastnik Martin Jung, też kadrowicz, wbiega w pole karne i mam mu tam zagrać. Hasło „cztery, cztery” oznacza, że kolega jest cztery metry przed bramką. Podpowiadacz ustawiony za nią krzyczy to, co trener: wapno, cztery – cztery, strzelaj – opowiada Ryszka.

Każdy piłkarz na boisku też ma swoje do wykrzyczenia. Gdy znajdzie się w promieniu trzech metrów od piłki woła „voy”, co po hiszpańsku znaczy „idę”. – Jeśli tego nie zrobi lub zawoła zbyt cicho, sędzia gwiżdże faul – wyjaśnia Ryszka. Za pięć takich przewinień zawodnik jest usuwany z boiska, a za cztery faule popełnione przez drużynę w jednej połowie – dyktowany jest rzut karny.

Wbrew pozorom pokonanie widzącego bramkarza z odległości sześciu metrów zdarza się bardzo często.

Tyle że przed oddaniem strzału przewodnik stuka najpierw w jeden, potem w drugi słupek, następnie staje za bramką na środku i mówi strzelającemu „środek, środek”. – Ale karnego pakuje się zwykle w róg bramki – dodaje Ryszka.

Marcin Ryszka (25 l.) z Krakowa, reprezentant Polski w piłce nożnej dla niewidomych. Przez 14 lat trenował pływanie. Z sukcesami. W 2009 roku w Rio de Janeiro zdobył trzy tytuły wicemistrza świata na krótkim basenie, dwa lata później w Antalyi został potrójnym mistrzem globu na pełnowymiarowym obiekcie. Startował na igrzyskach paraolimpijskich w Pekinie i Londynie, stawał na podium ME i MP. Uprawianie sportu godzi z nauką. Jest studentem piątego roku AGH (zarządzanie i marketing), odbywa studia podyplomowe (zarządzanie personelem). Ukończył studia podyplomowe na UJ (menedżer sportu).

***

O tym, jak powstawały przy Tynieckiej pierwsze futbolówki z grzechotkami, opowiada Piotr Niesyczyński, kierownik drużyny.
– Trzeba było odpruć którąś łatkę, przekłuć balon i wsypać do środka O tym, jak powstawały przy Tynieckiej pierwsze futbolówki
z grzechotkami, opowiada Piotr Niesyczyński, kierownik drużyny.
– Trzeba było odpruć którąś łatkę, przekłuć balon i wsypać do środka coś grzechoczącego. Doszliśmy do wprawy, ale takie piłki szybko puszczały na szwie.

Krakowscy futboliści zrezygnowali z poprawiania piłek dopiero w 2008 roku. Marcin napisał wówczas do Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej Niewidomych. – Przysłali nam w prezencie dziesięć profesjonalnych futbolówek. Tylko że ja miałem mało okazji, żeby się nimi nacieszyć. Reprezentacyjny pływak Ryszka przygotowywał się bowiem do startu na igrzyskach w Pekinie. – W nogę grałem właściwie w tajemnicy przed moim pływackim trenerem. Mogłem przecież złapać kontuzję, która wykluczyłaby mnie z udziału w olimpiadzie.

Z chłopakami z Tynieckiej pracował już wtedy Mateusz Stawarz.
– Prowadzenie drużyny złożonej z osób niewidomych jest wyzwaniem – mówi. – U nich najważniejsza jest koordynacja ruchowo-słuchowa. Moi piłkarze powinni bez ustanku pracować nad techniką i taktyką. Ale żeby mogli poruszać się po boisku, potrzebują oczu. I ja jestem ich oczami. Muszą być skoncentrowani na odbiór komunikatów, które dostają ode mnie, bramkarza, od grzechoczącej piłki. Jednak kluczowe w pracy z niewidzącymi zawodnikami jest zaufanie.
– Musimy się poznać, bo tylko wtedy piłkarz bez wahania zrobi to, co usłyszy; jak krzyknę „balans” – poprowadzi piłkę w prawo i w lewo, a jak padnie komenda „dzida” – pobiegnie wprost na bramkę, wierząc, że droga jest wolna. On nie ma czasu, żeby się zastanawiać, czy mam rację. Musi ruszyć z kopyta i biec.

***

Tak jest i w tę sobotę. Na boisku panuje zgiełk. Trener krzyczy:
„lewa banda, prawa banda”; bramkarz ustawia obrońców. Tylko że bandy są na swoim miejscu włącznie umownie, czyli w rzeczywistości ich nie ma. Zresztą w Krakowie nigdy dotąd nie było takiego udogodnienia. Piotr Niesyczyński wspomina, że mecz, gdzie boisko ograniczały profesjonalne bandy, i on, i jego zawodnicy rozegrali dopiero podczas turnieju we Wrocławiu, w 2014 roku. Krakowianie pojechali tam na swój pierwszy turniej.
– Usytuowane wzdłuż linii bocznych boiska zabezpieczały piłkę przed wypadnięciem na aut boczny, a przez to wpływały na dynamikę gry oraz możliwość wyćwiczenia nowych elementów taktycznych. Bez band możemy próbować jedynie fragmenty gry (rzuty wolne, rożne, niektóre zagrania), ale nie da się rozegrać profesjonalnego meczu – mówi Piotr Niesyczyński. Tyle że bandy polecane przez Międzynarodową Federację Piłki Nożnej Niewidomych kosztują około 90 tys. złotych. Drużyna z Tynieckiej stara się wykonać je własnym sumptem.
– Materiał, z którego je trzeba wykonać, będzie kosztował jakieś 15 tys. złotych, co w przeliczeniu daje niespełna 400 zł za jeden ekran. Potrzeba ich ok. 40 w zależności od długości – mówi Niesyczyński. – Chcemy, aby gra drużyny była profesjonalna i nie odbiegała od standardów międzynarodowych. I wierzymy, że nasze ekrany staną w niedalekiej przyszłości na jednym z krakowskich „orlików”.

Na razie podczas meczów trzeba wykorzystywać żywe bandy; chętni ustawiani są parami jeden przy drugim, biorą piłki na ciało i nie pozwalają im się toczyć w bok lub lecieć zbyt daleko.

***

Gdy w 2014 roku Marcin Ryszka zakończył karierę pływacką, zyskał więcej czasu na grę w piłkę. Ucieszył się, gdy pojawiła się szansa wyjazdu na mistrzostwa Europy do Anglii. W sierpniu tego roku krakowianie zagrali w tym turnieju. Trenerzy powołali do kadry czterech zawodników z Krakowa: Krzysztofa Bednarkiewicza, Martina Junga, Jarosława Farbańca i Ryszkę właśnie. Polska zajęła 9. miejsce.

To wtedy w naszym mieście powstał klub „Tyniecka. Nie widzę przeszkód”.
– Zawodnicy grają na europejskim poziomie – mówi Mateusz Stawarz. – Dobrze opanowali technikę balansu i strzału. Właściwie dla kogoś, kto patrzy na nasz mecz z boku, przestaje mieć znaczenie, że grają osoby niewidzące. Emocje na trybunach są identyczne jak wtedy, gdy strzela Robert Lewandowski.

Różnica jest taka, że na widowni w czasie akcji panuje cisza. Jak podczas meczu tenisowego. Chodzi o to, żeby gracze mieli szansę słyszeć piłkę oraz kierowane do nich komunikaty. Zresztą i bez dopingu widzów na boisku słychać wiele głosów. Każda drużyna ma przynajmniej trzech podpowiadaczy, jest też bramkarz, który dyryguje grą, wreszcie i piłkarze wzajemnie komunikują się między sobą.
– Aplauz z trybun słyszymy dopiero wtedy, gdy wbijamy gola – opowiada Marcin Ryszka.

***

Dziś na sali gimnastycznej przy Skwerowej piłkarze Stawarza biegają wolniej niż zwykle. Grają na parkiecie, a nie na sztucznej trawie, która jest mniej śliska. A kontuzja może zdarzyć się zawsze.
– Podczas mistrzostw Europy przeciwnik rozciął mi łuk brwiowy. Krew się gromadziła za goglami, a ja grałem dopóki sędzia nie zwrócił uwagi, że wylewa się przez maskę.

Blind football to raczej sport wielu kontuzji. Niedawno Marcin miał złamaną jedną z kości stopy. Grał z tym urazem na turnieju w Pradze i dopiero po powrocie poddał się badaniu. – Diagnoza trochę mnie nawet zaskoczyła, przecież chodziłem.

Ale ani zmienna pogoda, ani przytrafiające się urazy, nie zniechęcają Ryszki do piłki. Na wszelki wypadek nosi jednak ochraniacze na goleniach i kolanach, przydałby się też kask na głowę. – Tylko że my na grze nie zarabiamy, raczej dokładamy do sportu. Profesjonalny kask to wydatek około 250 zł, dlatego ochronę na głowę robimy własnym sumptem. Nie ma ona co prawda atestu, ale jest tańsza prawie pięciokrotnie.

Poza tym trzeba mieć jeszcze dwa komplety strojów piłkarskich – po 100 zł każdy, buty – przynajmniej dwie pary na sezon po 200 zł para, dres – ale to już raczej luksus (ok. 200 zł), piłkę z grzechotką – 250 zł sztuka. Żeby w miarę porządnie wyposażyć jednego gracza, potrzeba tysiąc złotych. A do tego jeszcze koszty podróży na turnieje. – Na przykład na wyjazd do Pragi wydaliśmy 3 tysiące. To był nasz debiut na klubowej arenie międzynarodowej i z rozegranych tam Trzecich Klubowych Mistrzostw o Puchar Miast Europy Środkowej przywieźliśmy brązowe medale. Z kolejnego turnieju musieliśmy zrezygnować, bo nie było nas stać na ten wyjazd – opowiada kierownik Piotr Niesyczyński.

***

„Zostaw, Rychy” – z boiska znowu słychać głos podpowiadacza. Marcin dopada piłki i podaje do napastnika Martina Junga, a ten umieszcza futbolówkę w siatce.
– Wiedziałem, że to do mnie, bo znamy swoje głosy i ksywki – wyjaśnia Marcin. – Koncentrujemy się i wyłapujemy właściwe dźwięki.

Liczy się też orientacja przestrzenna. Na ogół w piłkę grają zawodnicy, którzy przez jakiś czas widzieli. Ale to nie jest reguła; talent mogą mieć też niewidzący od urodzenia, jak Martin Jung.
– On ma po prostu dryg do grania. I koordynację ruchową wręcz idealną. Strzelił Grekom na ME jedynego gola i wygraliśmy to spotkanie – mówi trener Stawarz.

Marcin pomocnik i Martin rasowy atakujący nadają na tych samych falach, dlatego ich współpraca na boisku układa się dobrze. – Obaj mają też piłkarski zmysł – mówi trener. – Piłkarz, nawet tak znakomity jak Lewandowski, wiele bramek strzela instynktownie. Ma technikę i talent. Ale nie każdą sytuację da się przewidzieć

***

Sukces sportowy to nie wszystko. – Mamy w drużynie i reprezentantów kraju, i zawodników na dorobku – mówi trener Stawarz. – Bardziej doświadczeni są wzorem dla młodszych, mniej zaawansowanych. Stanowią dowód, że praca przynosi efekty. Za to starsi nabierają pewności i wiary w siebie, bo nie tylko nauczyli się grać, ale przekazują swoje umiejętności innym. Wszyscy leczą się z kompleksów i poczucia, że los stanął im na drodze. U nas przekonują się, że najwięcej zależy od nich samych. I walczą.

Majka Lisińska-Kozioł
Zdjęcia: Jacek Kozioł

Każdy może wesprzeć naszą inicjatywę dobrowolną wpłatą na konto Stowarzyszenia NIE WIDZĘ PRZESZKÓD, przekazując darowiznę na cele statutowe z dopiskiem „Bandy”.
Numer rachunku: 87249000050000450036059338
Za każdą pomoc piłkarze, trenerzy oraz działacze klubu serdecznie dziękują.

Ten i wiele innych ciekawych artykułów znajdziesz w listopadowym numerze miesięcznika społeczno-kulturalnego Kraków